Drogi Gościu! Najpierw przeczytaj ten wpis!


 Witaj Drogi Gościu na moim blogu!


Zapraszam Cię na początku do zapoznania się z poniższym linkiem:

Jeżeli po przeczytaniu któregoś z wpisów na blogu, chciałbyś/chciałabyś skontaktować się ze mną w celu przesłania swojej opinii, sugestii lub pytań, możesz to uczynić klikając poniższy link :

A jeżeli chcesz zostawić komentarz dotyczący określonego wpisu…

Na początku każdego wpisu jest link „dodaj komentarz” (zaraz pod tytułem każdego wpisu). Kliknij na niego i zostaw komentarz! Będę bardzo wdzięczny za wszelkie opinie i komentarze! 🙂

Już wszystko wiesz? W takim razie zapraszam Cię serdecznie do lektury mojego bloga!

1194989104867372110aiga_down_arrow1.svg.med

Hejt na JBL CLIP 2!

Ostatnio skusiłem się na zakup pierwszego produktu marki JBL w moim życiu… A to za sprawą bardzo pozytywnej recenzji głośniczka JBL CLIP (pierwszej generacji) w jednej z lokalnych gazet. Wykonanie głośniczka, jak i jego wodoszczelność oraz wygląd bardzo przypadły mi do gustu jednak…

Może i ten sprzęt jest fajny, ale kompletną pomyłką jest głośniczek bluetooth JBL CLIP 2, który według podanych w instrukcji specyfikacji powinien działać DO 8 godzin a w rzeczywistości działał niecałe 4 godziny!… Ja rozumiem jeszcze gdyby działał te choćby 6 godzin, bo słuchałem muzyki prawie cały czas na maksymalnej głośności… Ale 4 godziny to „lekkie” naciągnięcie parametrów. Ponadto w instrukcji jest napisane, że w przypadku niskiego poziomu naładowania akumulatorka, dioda zaczyna migać. W rzeczywistości świeci ciągłym, czerwonym światełkiem. Może i szczegół no ale jednak JBL powinno wiedzieć co pisze w instrukcji… Poza tym jestem rozczarowany serwisem. Za opisywany głośniczek zakupiony w jednej ze znanych sieci sklepów dostałem zwrot gotówki bez rozwiązania problemu (naprawienia produktu) oraz bez jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia (przy czym produkt został wysłany do serwisu JBL). Czyżby opisane uchybienia w produkcie, dotyczyły większej ilości wyprodukowanych sztuk, a firma nie chce przyznać się do błędu? Oto jest pytanie…

Komu zaufasz?

Tym razem będzie to post inny od poprzednich. Będzie bardziej przyziemny i bardzo praktyczny. Będzie o tym… No właśnie o czym? Chciałem napisać, że o pieniądzach (co po części byłoby bliskie prawdzie) ale myślę, że bliższe będzie określenie, że będzie to wpis o tym jak żyć aby nie przepłacać wraz z praktycznymi poradami i przykładami. A więc zaczynamy!

Ostatnio byłem zmuszony do szybkich zakupów nowego telefonu ponieważ jego poprzednik wylądował niechcący w wiadrze z wodą. Szukałem telefonu który będzie tani (do 400 pln) i będzie oferował dostęp NOSRoyado portali społecznościowych takich jak Fb, Tt, czy innych ciekawych aplikacji takich jak Tinder czy Ingress. Chciałem jednocześnie telefon działający płynnie. Wszystkie te cechy i funkcje posiadał telefon o tajemniczej nazwie Orange Roya tak więc nie myśląc za długo, kupiłem ten model. Jego specyfikacja jak na tę cenę jest zadowalająca (m.in. Procesor Qualcomm Snapdragon taktowany zegarem 1,20 GHz, liczba rdzeni: 4, GPU: Adreno 306, pamięć RAM: 1 GB, pamięć wewnętrzna: 8 GB, GPS, WIFI, Internet LTE) a wszystko to chodzi pod kontrolą Androida 4.4 KitKat. Brzmi fajnie i tak też hula (przynajmniej do teraz, czyli przez jakiś już miesiąc :)).

Pomyślamobile_vikings_logo_blackłem sobie, że skoro kupiłem sobie już jakiś lepszy sprzęcik to może zastanowić się nad zmianą operatora? (byłem klientem T-mobile od jakiś 8-9 lat i szczerze pisząc to zbyt długo). Wziąłem pod lupę wszelkie rankingi sieci pre-paid (na kartę) w Internecie, ponieważ nie wyobrażam sobie bycia związany umową z jakąkolwiek firmą telekomunikacyjną bo to oznacza zysk dla takiej firmy ale stratę dla mnie. Po prostu lubię wolność. I tak po namyśle wybrałem Belgijskiego Wirtualnego Operatora sieci komórkowej o nazwie Mobile Vikings, który zadomowił się także w Polsce.  Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że lubię wolność a taką daje wolność właśnie sieć Vikings. Telefonia ta posiada w ofercie 5 planów taryfowych: 10, 19, 24 no limit, 29 i 29 no limit. Mi osobiście pasuje 24 dlatego pozwolę sobie opisać poniżej tę taryfę:

Połączenia komórkowe w sieci: 0 ZŁ.  (Do wszystkich sieci komórkowych)

Połączenia na stacjonarne: 19 GR.  (Za minutę połączenia na wszystkie numery stacjonarne)

Internet 3G/4G LTE: 2 GB. Po wykorzystaniu pakietu danych transfer z prędkością do 32kb/s

SMS: 0

Do pozostałych sieci komórkowych bez limitu.

MMS: 50 GR. (Wyłączając koszt przesyłu danych).

Ważność środków i karty: 365 DNI.

Każde doładowanie przedłuża ważność karty i środków o rok.

Fakty mówią za siebie. Więc Cóż chcieć więcej? Jak w ogóle stać się użytkownikiem tejże sieci? Otóż należy wejść na stronę, wybrać czy interesuje nas zamówienie nowej karty sim z nowym numerem, czy przeniesienie obecnego numeru do Mobile Vikings, czy może chcemy używać sam internet mobilny. Kolejnym punktem jest wybór pakietu, jakim chcemy zasilić nasze konto. Pakiety posiadają nazwy określające jednocześnie ich cenę.

Kolejnym punktem na tym etapie jest podanie maila osoby polecającej operatora Mobile Vikings. Będzie mi niezmiernie miło, jeżeli wpiszesz tam: pokojartura@gmail.com, czyli mój adres e-mail. 🙂

Etap kolejny to uzupełnienie swoich danych osobowych, wybór typu karty SIM i wypełnienia pozostałych pól. Na stronie mobilevikings.pl wszystko jest bardzo prosto krok po kroku wyjaśnione.

Zarządzanie kontem odbywa się poprzez bardzo łatwą w obsłudze aplikacje Mobile Vikings. Przez nią też od razu można doładować sobie konto w przypadku gdy kończy nam się ważność konta lub środki na koncie. Co więcej jest ona połączona z naszym kontem bankowym (opcjonalnie), więc łatwo możemy doładować konto nie wychodzą z domu. Wszystko obszerniej oraz w przystępny sposób opisane jest na stronie Mobile Vikings.

Ostatnio zaczął mi padać dysk w laptopie dlatego postanowiłem poszukać dysku zewnętrznego, który będzie w dobrej cenie oraz zaufanej firmy. Do niedawna miałem wieżę stereo firmy HITACHI HRD-MD03 sprzed chyba 20 lat. Grała doskonale ale była dosyć toporna dlatego oddałem ją koledze. Właśnie z racji tego, że owa wieża grała niezawod1m_goldnie przez 20 lat, postanowiłem poszukać dysku zewnętrznego marki HITACHI. Okazało się, że firma HITACHI (jeżeli chodzi o elektronikę) została przekształcona w markę HGST. Wprawdzie już nie jest to stricte japoński twór ale nadal tworzy (wiem z opinii) bardzo dobry sprzęt komputerowy (dyski). Po przeszukaniu Internetu oraz po lekturze opinii wytypowałem dysk o wdzięcznej nazwie TOURO oraz o pojemności 1 TB magki HGST. Jak wygląda, możecie zobaczyć na załączonym zdjęciu. Mam już go ponad miesiąc i działa niezawodnie i cicho. Ma genialny złoty design i jest mały. Do tego kupiłem świetny futerał ochronny z materiału EVA firmy tracer za ok 20 pln. Zestaw bardzo wygodny i poręczny w przenoszeniu.

Pierwsza ankieta na tym blogu

Chciałbym abyś odpowiedział/a na moją pierwszą na tym blogu ankietę…


Czy wierzysz w przeznaczenie?
(polls)

To była moja pierwsza…

To była moja pierwsza… No właśnie co? Miłość? Relacja? Próba? A może lekcja życia? Po przeczytaniu tego wpisu, myślę, że znajdziesz odpowiedź…

Było to na pierwszym roku studiów kiedy to studiowałem jeszcze Ekonomię… Całkiem dobrze radziłem sobie z teorią Ekonomii, póki nie przyszedł czas na różnego rodzaju obliczenia… Szczerze pisząc, to nigdy nie miałem talentu do nauk ścisłych, zwłaszcza wtedy gdy pojawiały się różnego rodzaju wzory… Tak też było i w tym wypadku… W naszej grupie bardzo szybko wyłonił się istny talent, można rzecz wręcz – pisząc kolokwialnie – „kujon”. Tyle tylko, że ten „kujon” fizycznie odstawał od całej masy innych kujonów, ponieważ była to dziewczyna o niezwykłej, wręcz latynoskiej urodzie, z bujnymi bardzo ciemnymi włosami, z wyraźnie (naturalnie) odznaczającymi się brwiami oraz pięknymi dużymi oczyma. Napisać muszę też, że była niska (ok 160 cm), co sprawiało, że wyglądała na dziewczynę z pierwszej klasy liceum a nawet z trzeciej klasy gimnazjum, podczas, gdy faktycznie, jak się potem od niej dowiedziałem, była starsza ode mnie o cztery lata (miała wtedy 24 lata). Zauroczyłem się szybko tą dziewczyną o imieniu Katarzyna (imię zmienione). Bardzo mi się spodobała…

Pewnego dnia, Kasia widząc, że nie radzę sobie zbytnio z ekonomią, zaproponowała mi korepetycje u niej na stancji. Z radością się zgodziłem i w ten oto sposób, nadarzyła się okazja bym poznał ją lepiej… Nasze korepetycje wyglądały mniej więcej tak: najpierw się uczyliśmy razem a następnie po obowiązkach Kasia robiła herbatę i zapalała kadzidełko co stwarzało niezwykły klimat do rozmów… Wspólna nauka stała się jakby takim rytuałem: zawsze po nauce rozmawialiśmy na temat naszych perypetii życiowych oraz (na czym z czasem bardzo zaczęło mi zależeć) poznawaliśmy swoje historie. Kasia bardzo szybko otworzyła się przede mną i zaczęła opowiadać swoją historię życia. Zrozumiałem z czasem, że jest bardzo ciężko doświadczona przez los, gdyż pochodziła z rodziny patologicznej: Matka piła a ojciec (też alkoholik) trafił do więzienia za przestępstwo na tle seksualnym… Katarzyna, by zarobić na studia, wyjechała do Finlandii by zbierać jagody. Po powrocie do Polski zaczęła, tak jak i ja, studia na WSIiZ w Rzeszowie. Dowiedziałem się też, że jest w związku z chłopakiem już od sześciu lat. Tymczasem spotykaliśmy się na wspólmej nauce i podczas jednego z takich naszych spotkań, zaproponowałem jej, że mam nieodpartą chęć by ją przytulić. Ku mojemu zaskoczeniu, pozwoliła mi na to. Od tej pory na każdym naszym spotkaniu przytulanie stało się naszym rytuałem (oczywiście po nauce).

Pewnego razu przed zajęciami na uczelni spotkałem Kasię… Nie wiedziałem co się stało ale wiedziałem, że jest coś nie tak… Kasia wyglądała tak jakby nie spała całą noc… Była w bardzo ponurym nastroju… Co się potem okazało: jej chłopak powiedział jej, że znalazł sobie inną dziewczynę i że jest to już koniec ich związku… Po 6-ciu latach usłyszeć coś takiego?! Wyobrażasz to sobie???… Po zajęciach postanowiłem działać i umówiłem się z Kasią w studenckim barze na uczelni… Opowiedziała mi to wszystko a ja nie wiedząc co zrobić za bardzo trzymałem ją za rękę będąc po prostu przy niej. Parę razy spotkaliśmy się jeszcze u niej na stancji, gdyż chciałem być blisko niej i pomóc jej w ciężkich chwilach ciepłym słowem… Potem jednakże nasz kontakt się urwał a Katarzyna zaczęła opuszczać zajęcia… Myślałem, że nic gorszego nie może już spotkać tej dziewczyny… Otóż myliłem się… Po paru dniach, ten jej były chłopak zadzwonił do niej z informacją, że nie ma żadnej innej dziewczyny, że to była próba i że chciał sprawdzić jej wierność i oddanie… Tę informację przekazała mi przyjaciółka Kasi, gdyż samej Kasi nie spotkałem już więcej na uczelni… Dziewczyna załamała się i całkowicie tak jakby zapadła się pod ziemię… Mimo, że dzwoniłem do niej nie raz, nie odbierała telefonów. Wtedy to poczułem, że zależy mi na Kasi bardziej jak na nikim innym! Sam popadłem w smutek i żal bo uczelnia bez niej wydawała mi się już bez kolorów…

Czas mijał i zbliżała się wiosna… Minęły już 3 miesiące odkąd widziałem się z Kasią. Jej telefon milczał nadal. Pewnego słonecznego dnia, gdy próbowałem się dodzwonić do Kasi, po nieudanej próbie, zadzwoniła do mnie! Powiedziała parę słów, które przewróciły wtedy cały mój świat do góry nogami a były to mniej więcej takie słowa: Słuchaj Artur, nie dzwoń już do mnie, gdyż za dwa miesiące mam ślub. Odebrało mi wtedy mowę. Po parunastu minutach dotarło do mnie, że żeni się z chłopakiem, który zrobił jej takie świństwo… Przez 3 miesiące byłem w depresyjnym stanie… Jednak czas leczy rany i z czasem zrozumiałem, że ich relacja była silniejsza niż rana po tym okrutnym żarcie czy „próbie”… Zrozumiałem, że w jej życiu najbliższą osobą był ten jedyny chłopak, który zastąpił miłość jej ojca, że w nim miała oparcie jak w nikim innym…

Muszę też napisać, że to była moja pierwsza tak bliska relacja z dziewczyną co prawda trudna i zawiła ale teraz patrząc na tę historię wierzę, że to wszystko co się stało nie było przypadkowe. Wierzę, że to, iż akurat w tym okresie czasu nasze drogi się splotły pomogło Kasi przetrwać te ciężkie chwile. Cieszę się, że mogłem jej pomóc i że wtedy mogła na mnie liczyć. Wierzę, że teraz Kasia jest szczęśliwa.

Dlaczego o tym napisałem? Być może komuś pomoże ta historia tak jak pomogła mojej koleżance, która miała kryzys w związku. Jako ciekawostkę napiszę, że Kasię spotkałem dobrych parę lat później na Święcie Ulicy Pańskiej – Paniadze, święto to odbywa się co roku 3-ego maja na ulicy 3-ego Maja w Rzeszowie. W tłumie ludzi kątem oka dostrzegłem ją a ona rozpoznała mnie… Szybka wymiana spojrzeń… Powiedzieliśmy sobie krótkie cześć, po czym zniknęła mi z oczu… A trzymała za rękę chłopaka, który prawdopodobnie był tym jej mężem…

Nigdy potem nasze drogi się już nie skrzyżowały. Mam nadzieję, że teraz jest już szczęśliwa.

Improwizacja Kontaktowa

Kiedyś taniec kojarzył mi się ze żmudną nauką i ćwiczeniem, z chodzeniem na lekcje nauki i „zgrywaniem” się z partnerką. Muszę napisać, że mam słabą pamięć i bardzo niechętnie uczę się nowych rzeczy, gdzie trzeba dużo i szybko zapamiętać wiele informacji naraz… Ponieważ, jestem typem odkrywcy i poszukiwacza to chodziłem na lekcje próbne do szkoły tańca. Wcześniej – bardziej z potrzeby niż z własnej chęci – chodziłem na lekcje do sąsiada – wicemistrza świata w tańcu towarzyskim – by nauczyć się tańczyć na studniówkę. W czasie studiów przyszedł czas, kiedy to odkryłem tzw. Salsoteki – tj. Pokazowe lekcje tańca Salsy, Bachaty, Cha-Cha, Rumby. Prowadzi je do tej pory znajomy rodowity kubańczyk Josmaikel. To już będzie z 3-4 lata od kiedy zacząłem chodzić na te Salsoteki J Mimo tego, że salsa jest mi bliższa i najbardziej chyba polubiłem ją ze wszystkich tańców to jednak, zawsze miałem trudności z pamiętaniem kroków na kolejnej Salsotece… Jednak nadszedł 2012 rok, kiedy to – podczas jednego z FLASHMOBÓW na festiwalu Stadion Kultury – poznałem niesamowitą formę aktywności ruchowej jaką jest IMPROWIZACJA KONTAKTOWA – w skrócie: CI (Contact Improvisation). Jak to wtedy wyglądało? W skrócie: Ukraińska grupa, która zajmuje się CI przyjechała na ten festiwal i zorganizowała 3- dniowy performance w centrum Rzeszowa a konkretnie na ulicy 3 maja. Ostatniego 3-ego dnia wszyscy, którzy brali w tym wydarzeniu udział mogli mieć ze sobą odtwarzacze mp3 ze swoją ulubioną muzyką. Tej muzyki słuchali oczywiście przez słuchawki. Zasada była prosta: Mogli się ruszać jak chcieli, nieruchomieć kiedy chcieli, czy nawet wchodzić ze sobą w interakcje, chodzić na ławki czy doniczki. Wszystko w takt swojej muzyki. Ruch dosłownie bez zasad, płynący z serca był tym czego potrzebowałem! To było moje odkrycie, które zostaje jednym z ważniejszych odkryć w moim życiu. Jestem osobą która nie jest ekstrawertykiem a dzięki CI mogę uzewnętrznić swoje uczucia, które często są gdzieś głęboko we mnie… Wchodząc w interakcję w partnerką w CI oboje możemy bez słów porozumiewać się językiem i mową ciała ale nie tylko! Jest w tym pewien mistycyzm pewne przeżycie, które ciężko mi nazwać… Ważne, że jest to coś co można udoskonalać za każdym razem, kiedy wchodzimy w świat CI… Bo CI to nie tylko taniec ale i teatr, improwizacja, emocje, gimnastyka, elementy sztuk walki, joga, tango…

Ktoś chętny na CI?

Bo ja tak!

MÓJ EXODUS – EXODUS MŁODYCH 5.0

To już drugi raz, kiedy to przybyłem na Spotkanie Młodych w Zwierzyńcu, które nazywa się Exodus Młodych… Pierwszy raz byłem na tym pięknym spotkaniu rok temu.

Mój przyjazd na Exodus w tym roku był pod znakiem zapytania jeszcze miesiąc przed Spotkaniem Młodych… Jednak już tydzień przed rozpoczęciem Exodusu, byłem już pewien, że tam pojadę. Nie wiedziałem jednak jeszcze w jaki sposób się tam dostanę… Pomyślałem sobie, że zamieszczę ogłoszenie na stronie Exodusu na Fejsbuku. Wkrótce po tym fakcie pojawiła się odpowiedź. Okazało się, że dwie siostry zakonne jadą 8- osobowym busem z młodymi ludźmi, bodajże z Leżajska i przejeżdżają przez Rzeszów (była to jedyna odpowiedź na moje ogłoszenie).

Umówiliśmy się, że zabiorą mnie praktycznie z mojego osiedla. Tak też się stało. W dniu wyjazdu spakowałem plecak, namiot i dwa śpiwory gdyż jeden śpiwór potrzebowała pewna dziewczyna, która ogłosiła ten fakt przed Exodusem, również na fejsbukowej stronie Spotkania. Pomyślałem sobie, że biorąc ze sobą jeden śpiwór więcej, zrobię dobry uczynek i rzeczywiście, ta potrzebująca śpiwora dziewczyna była po spotkaniu bardzo zadowolona z tego, że miała dobrą ochronę przed zimnem.

Skąd miałem 2 śpiwory? Otóż jeden znalazłem na polu namiotowym na Spotkaniu Młodych w Wołczynie (oczywiście już po SM Wołczyn =)) , które odbyło się w lipcu.

Wracając, do mojej podróży na Exodus Młodych… Wyjechaliśmy z Rzeszowa. Szybko zintegrowałem się z ludźmi w busie, którzy byli w wieku gimnazjalnym, licealnym i 2 osoby już po liceum. Tak wiec, rozpiętość wiekowa była spora, zupełnie tak jak na Exodusie. Dlatego jak dla mnie Exodus, zaczął się już w tym busie… Po drodze odwiedziliśmy dom rodzinny jednej z sióstr, gdzie zostaliśmy poczęstowani przepysznym ciastem domowym i najprawdziwszym mlekiem prosto od krowy.

Do Zwierzyńca przyjechaliśmy po południu. Z moją grupką z busa rozstałem się, by poszukać miejsca na namiot. Szybko udało mi się znaleźć idealne miejsce na rozłożenie namiotu i tak zaczął się Mój Exodus… Tak jak w tamtym roku, pomyślałem, że zorganizuję akcję FREE HUGS (Darmowe Przytulanie), która jak się potem okazało, cieszyła się sporym zainteresowaniem. W tym roku dodatkowo przygotowałem 2 koszulki z napisem FREE HUGS. Oczywiście tę akcję wprowadzałem stopniowo, szczególnie w momencie, kiedy były koncerty. Czemu to zrobiłem? Było to częścią mojego planu, który zakładał aby jak najlepiej poznanie jak największą ilość osób w różnym wieku oraz sprawić , by na ich twarzach pojawiał się jeszcze częściej uśmiech. Tę część planu uważam za zakończoną pełnym sukcesem!

Teraz napiszę, jakie miałem nastawienie jadąc na Exodus Młodych 5.0… Otóż pragnąłem jak najpełniej doświadczyć Boga już od samego początku trwania tego Spotkania. Nie chciałem skupiać się na jednej lub kilku osobach (jak w tamtym roku), co wiem, że niestety do niczego to dobrego nie doprowadziło. Dlatego szukałem Boga w ludziach, w tej tymczasowej wspólnocie, w występujących ludziach na scenie, co noc spędzałem parędziesiąt minut przed Najświętszym Sakramentem… Po prostu chciałem skupić się na Tym, który sprawił, że znów mogłem pojawić się na Exodusie, moim Exodusie, który przekazał mi istotną wiadomość, bym się nie bał, bo ON jest i działa.

Na tym spotkaniu poznałem fantastycznych ludzi, którzy będąc częścią tej wspólnoty dali mi nadzieję na lepsze jutro… Choćby przemiłe panie z gastronomii, które poprosiły mnie o pomoc, abym zorganizował grupę chłopaków do noszenia ławek do namiotu, gdzie można było spożywać posiłki: Po akcji każdy z nas, co nosił ławki, dostał po porcji frytek.

Dziękuję tym samym paniom za to, że kiedy byłem głodny, mogłem sobie nieodpłatnie przypiec sam chleb na grillu by potem skonsumować go z keczupem. Również dziękuję dziewczynom, którym pomogłem na początku Exodusu rozłożyć namiot, za budyń i zupkę chińską oraz za batonik zbożowy. Dziękuję również członkowi Odnowy w Duchu Świętym za poświęcony mi czas na rozmowę i modlitwę wstawienniczą w białym namiocie! To wpłynęło na moją decyzję na podjęcie dialogu w sprawie dla mnie bardzo ważnej! Nie uda mi się wymienić wszystkich tych, którym chciałbym bardzo podziękować, za ten czas na Exodusie dlatego, jeżeli byłeś/aś na tym spotkaniu to wiedz, że DOBRZE ŻE JESTEŚ!

Wierzę, że to co się stało od momentu podjęcia przeze mnie DECYZJI o wyjeździe na Exodus Młodych nie było przypadkiem i to, że jechałem w taki a nie inny sposób i to że spotkałem takich a nie innych ludzi. Za to chwała Panu!

Moja niewierność…

Witajcie!

Trochę minęło od poprzedniego mojego wpisu ale tak musiało być, gdyż nie chcę pisać czegoś na siłę… Tym razem będzie to moje świadectwo, które dotyczy mojego życia jak i Spotkania Młodych w Wołczynie, na które jeżdżę już od 4 lat…

Od zeszłego, XX Spotkania Młodych w Wołczynie, wiedziałem już, że bardzo chcę pojechać na kolejne Spotkanie… Nie wiedziałem tylko czy pozwoli mi na to czas, środki finansowe oraz ewentualna praca… Liczyłem się z tym… Jak co roku przed Wołczynem wkładałem serce w promocję tego Spotkania w Rzeszowie: rozwieszając plakaty czy roznosząc, przysłane na moją prośbę ulotki. Ulotki rozdałem między innymi na Koncercie Jednego Serca Jednego Ducha, który odbywa się co roku zawsze w Boże Ciało w Parku Sybiraków w Rzeszowie.

Tymczasem będąc bezrobotnym dostałem się do projektu z UE, który oferował szkolenia oraz półroczny staż, dla każdego, kto spełniał odpowiednie kryteria oraz, kto oczywiście się zgłosił na ten projekt. W tym projekcie można było sobie wybrać, w czym chce się rozwijać oraz szkolić. Całość projektu trwa ok. Parę miesięcy + pół roku stażu, w dodatku płatnego. To było coś dla mnie, gdyż szukałem już bardzo długo dobrej pracy, ale niestety nigdzie takowej nie udało mi się znaleźć (zgodnej z moim wykształceniem tj. Turystyka i rekreacja oraz zarządzanie w turystyce). Ten projekt dosyć się przedłużał, szukanie stażu itp. Oddalało coraz bardziej wizję uczestnictwa w Spotkaniu Młodych w Wołczynie… Ale miałem nadzieję cały czas, gdyż na ostatnich rekolekcjach WwK (Wołczyn w Krakowie) każdy z uczestników dostał patrona, któremu mógł powierzyć swój wyjazd na SM Wołczyn. Ja dostałem Św. Stanisława. Modliłem się więc do niego, aby pozwolił mi jakimś cudem znaleźć się w Wołczynie. W międzyczasie pojawiły się komplikacje ze stażem (który już miałem zaczynać). Okazało się, że niestety nie przysługuje mi prawo do urlopu w pierwszym miesiącu stażu (tylko dopiero od drugiego miesiąca i to tylko dodatkowe 2 dni). W związku z czym pogodziłem się ze smutkiem, że w tym roku nie pojadę na to Spotkanie Młodych…

SM Wołczyn już się zaczął, a ja ze smutkiem oglądałem relacje z Wołczyna przez Internet. Zadawałem Bogu pytania: DLACZEGO MNIE NIE WYSŁUCHAŁEŚ? Przecież to spotkanie jest DOBRE! Pozwoliłeś mi być na nim już 3 razy! I do Św. Stanisława też miałem pretensje: ŚW. STANISŁAWIE! CZEMU NIE MOGĘ POJECHAĆ NA WOŁCZYN?! CZY TO, ŻE DOSTAŁEM CIĘ JAKO PATRONA MOJEGO WYJAZDU DO WOŁCZYNA NIC NIE ZNACZYŁO????? Itd…I nastała środa… Trzeci dzień trwania Spotkania. Dostałem rano koło 9:00 telefon, żebym udał się na rozmowę w sprawie stażu dopiero w poniedziałek… (sic!) Złapałem się za głowę!: JAK TO?????????????????? GDYBYM WIEDZIAŁ WCZEŚNIEJ, TO MÓGŁBYM POJECHAĆ SPOKOJNIE NA WOŁCZYN!!!!! Coś mnie ścisnęło w środku, a to był żal… Jednak jedna najbliższa mi osoba podpowiedziała mi: A może jednak pojedziesz? Sprawdź rozkład busów! Sprawdziłem. Okazało się, że najszybciej będzie NEOBUS. Ale odjazd był ok 12:30 czyli za jakieś 2 godziny…

Nie czekając wiele, spakowałem się w NIECAŁĄ GODZINĘ (śpiwór, karimata, namiot, osprzęt oraz wszystko inne) oraz wziąłem, prysznic… Byłem w euforii! Okazało się także, że i pieniądze na wyjazd się znalazły. Miałem wszystko co potrzeba więc wsiadłem w busa o 12:30 i o ok. 22:30 byłem w Wołczynie… Wychodząc z PKP pierwszy raz szedłem nocą przez Wołczyn. Ale czułem się jak w domu! Trafiłem pod Amfiteatr bez problemu! Akurat wtedy Przenajświętszy Sakrament był chowany… Piękne pieśni spotęgowały moje odczucia. Dziękowałem Bogu z to, że znalazłem się na Wołczynie, czując jednocześnie, że Bóg mnie wysłuchał jednak! W końcu nie prosiłem Go aby być od początku Spotkania :)… W pierwszy dzień Spotkania rozdawano opaski na rękę z fragmentami Pisma Świętego. Także i ja dostałem taką opaskę zaraz przy rejestracji. Był na niej następujący cytat:

Uleczę ich niewierność i umiłuję ich z serca.

Bo gniew mój odwrócił się od nich. (Oz 14,5)

Nie rozumiałem na początku tego fragmentu i jakie ma odniesienie do mojego życia. Potem zrozumiałem… Zrozumiałem, że moja niewiara jest tak na prawdę skutkiem mojej niewierności tj. Braku zaufania Bogu, Jego słowom i obietnicy, że będzie przy mnie ZAWSZE. Ciągle szukam Go i zadaję sobie często pytanie: GDZIE JESTEŚ BOŻE? Czy ty faktycznie istniejesz, czy jesteś tylko wytworem Kościoła aby łatwiej było Kościołowi manipulować wiernymi?… Teraz przekonuję się, że w sumie nigdy nie zawiodłem się na Bogu i Jego obietnicach… Szczególnie wtedy, gdy byłem w potrzebie czy w sytuacji – zdawałoby się – bez wyjście… Tymczasem wracając do Wołczyna: Całe spotkanie przeżyłem w pełni, tak jakbym był od początku. Poświęcałem jak najwięcej czasu na dialog z drugim człowiekiem. Cieszyłem się jak dziecko, radością niewymowną! W dodatku Bóg dał mi wspaniałą grupę i siostrę Hiacyntę, która prowadziła spotkania. Miałem WSZYSTKO dokładnie tyle ile mi wystarczyło na przeżycie, podróż w tę i z powrotem! Wierzę, że przez to wszystko co się wydarzyło, Bóg pokazał mi, jak wiele brakuje mi, wiary oraz zaufania do Niego oraz to, że troszczy się o swoje dzieci pokazując swoją nieograniczoną i potężną Miłość, która jest wstanie przezwyciężyć wszystko oraz zakusy złego.

Mógłbym napisać jeszcze więcej, czego doświadczyłem ale myślę, że główną myśl już wyraziłem w niniejszym świadectwie, którą uważam za najważniejszą! Jeżeli jakaś myśl mi przyjdzie to uzupełnię wpis. Tymczasem, życzę Tobie mój drogi czytelniku wszelkiego dobra i Miłości. Prawdziwej Miłości.

Pax!

ZAMOŚĆ: 3 LICEA I KLASZTOR… (cz. 2)

Zamość. Było przed 8:00 a ja miałem busa do Rzeszowa dopiero o 15:30… W takim wypadku pomyślałem sobie, że trzeba jakoś zająć sobie czas i wpadłem na pomysł by odwiedzić II LO i znaleźć byłą aby przeprosić ją za moje błędy przeszłości. Tak jak pomyślałem tak zrobiłem. Na komórce miałem nagranie instrukcji mojej byłej (Magdy – imię zmienione) jak znaleźć jej klasę w II LO. Po odtworzeniu nagrania przypomniałem sobie nazwisko jej wychowawcy, literkę jej klasy itp. Po krótkim spacerze trafiłem na to liceum no i też bez problemu znalazłem klasę Magdy… A właściwie to Ona pierwsza mnie zauważyła gdy siedziałem w szkolnej bibliotece, a że ona to straszny mól książkowy, to biblioteka była jej naturalnym miejscem egzystencji. Załatwiłem z nią co miałem załatwić. (oczywiście przed przybyciem do jej szkoły wysłałem jej sms-a że się pojawię, by dziewczę się za bardzo nie zdziwiło :P). Właśnie zaraz potem zacząłem pisać niniejszy wpis do bloga. Nie kończę go, gdyż to co potem się wydarzyło jest też związane z Zamościem. Żeby nie zabierać czasu napiszę, że odwiedziłem potem jeszcze2 inne licea a mianowicie:

  • I LICEUM w Zamościu – gdzie miałem drugą koleżankę z EXODUSU 4.0 – Małgosię
  • III LICEUM w Zamościu – gdzie miałem trzecią koleżankę z EXODUSU 4.0 – Dianę

Ponieważ znałem tylko imiona i nazwiska koleżanek to musiałem trochę się popytać i pokazać ich zdjęcia z FB. I takim sposobem dotarłem do każdej odpytując max. 3 ludzi w każdym z LO. Czułem się dumny i szczęśliwy że udało mi się zrealizować założone cele. Ta ostatnia koleżanka sprawiła że mój pobyt w Zmc nieoczekiwanie się przedłużył oraz nabrał posmaku przygody!!!!!! Zupełnie nieświadomie to zrobiła no ale jestem jej bardzo za to wdzięczny bo na prawdę wtedy poczułem opiekę Najwyższego!

O tym jak Diana sprawiła, że w Zamościu zostałem noc dłużej…

Jak to się wszystko stało, że Diana sprawiła, że w Zamościu zostałem noc i dzień dłużej? Może wrócę do odwiedzin tego III LO, gdzie Diana się uczyła. Dowiedziałem się wtedy, kiedy dotarłem do tego LO, że Diana ma zajęcia z WFu… ;P Nie tracąc więc czasu udałem się na salę gimnastyczną (a właściwie na balkon z którego widać było widać tę salę) podzieloną na 3 mniejsze boiska. Na każdym boisku grała inna klasa. Po zlokalizowaniu tej właściwiej klasy (DZIĘKI ANGELIKA! :)) odnalazłem i Dianę która zaciekle grała na boisku z innymi koleżankami z klasy. Dziewczyna była zaskoczona moim widokiem i z wielką radością powitała mnie okrzykiem entuzjazmu. Pomyślałem sobie: cała Diana! Specjalnie dla mnie (dzięki spoko-gościowi od W/Fu) troszkę wcześniej wyszła dla mnie z boiska ponieważ za godzinę miałem mieć busa do Rzeszowa… Wyszła, spotkaliśmy się, pogadaliśmy, przeszliśmy się na starówkę Zamościa. Ponieważ już zbliżała się godzina odjazdu mojego busa, Diana skierowała mnie w stronę przystanku, z którego – jak twierdziła – odjeżdżają busy do Rzeszowa… Rozstaliśmy się jak zwykle przytulańcem i udaliśmy się w swoje strony… Doszedłszy do przystanku zorientowałem się że nie ma na nim oznaczenia mojego busa… Zapytałem się czy z tego przystanku odjeżdżają busy… Dostałem odpowiedź, że i owszem. Pytam się więc dalej: Czy odjeżdża stąd bus do Rzeszowa? Odpowiedź padła negatywna… Patrzę na zegarek a tu: 5 minut do odjazdu!!!!! Biorę toboły i biegnę w stronę PKSu… Patrzę jednak na zegarek i już wiem, że jednak nie zdążę. W takim wypadku zwolniłem – bo po co się śpieszyć? Będzie co ma być! Po parunastu minutach doszedłem do PKS-u. Obczaiłem wszystkie możliwości. Niestety wszystko co jechało – odjechało. PKP też obczaiłem (chwała Internetowi w telefonie!) no, ale sytuacja niestety taka sama. Zrezygnowany wracam w stronę Starówki. Pomyślałem sobie, że w takim wypadku wejdę do kościoła: może ktoś mi udzieli azylu?

Franciszkanie przychodzą z pomocą!

Zaczynała się akurat Msza Św. U Ojców Franciszkanów Konwentualnych. Powiem szczerze, że wtedy zacząłem się na prawdę mocno modlić w duchu, gdyż perspektywa spędzenia nocy na mrozie zdecydowanie mi się nie uśmiechała. Tymczasem wracając do mojej sytuacji… Msza się skończyła, a ja z tymi tobołami, drożdżówkami i plecakiem oraz garniturem sterczałem na końcu kościoła. W pewnym momencie widzę idącego w stronę wyjścia młodego zakonnika. Uśmiechnął się do mnie i zapytał się gdzie podróżuję. Ja opowiedziałem mu swoją krótką historię oraz streściłem mój pobyt w Zamościu. Brat zakonny chwilę się zastanowił i polecił mi poczekać na zewnątrz kościoła. Sam poszedł do klasztoru zapytać się przeora czy, nie byłoby możliwości przenocować mnie. Tymczasem ja stałem już z 10 minut na tym lekkim mrozie. Jednakże przeczucie, że wszystko dobrze się skończy – rozgrzewała mnie od środka. W pewnym momencie widzę, że w moim kierunku idzie brat Arkadiusz (bo tak się nazywał ów zakonnik). Przekazał mi dobrą nowinę gdyż okazało się, że mimo tego, że cały dom rekolekcyjny jest zajęty, to jest możliwość przenocowania na sofie w miarę ciepłym miejscu. A był to korytarzyk łączący salkę spotkań grup duszpasterskich z wyjściem. Poszedłem z Ojcem w tamto miejsce i faktycznie sofa była, była nawet łazienka i ubikacja. Jednak temperatura nie sprzyjała niestety, tym bardziej, że byłem trochę zziębnięty. Ale cóż z drugiej strony darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy! Jednak spróbowałem z bratem przenieść tę sofę do salki spotkań, jednak niestety nie mieściła się we framudze. Cóż… – pomyślałem sobie- trzeba będzie spać w kurtce. Jednak o. Arkadiusz wpadł na pomysł, że może prześpię się na ławie w tej salce. A salka była o wiele cieplejsza. W dodatku ława stała przy grzejniku. Oprócz tego w salce były jeszcze ławki a naokoło poustawiana krzesła w miękkich obiciach. Wpadłem na pomysł, że z tych krzeseł można zrobić całkiem wygodne łoże, tylko wystarczy je odpowiednio poukładać. Tak też zrobiłem i z pomocą o. Arkadiusza stworzyliśmy całkiem fajne łóżko. Ojciec jeszcze przyniósł koce oraz śpiwór więc warunki stały się na prawdę dobre. Co więcej jeszcze dostałem coś do jedzenia a także gorącą herbatę która była do zaparzania na miejscu. Z o. Arkadiuszem spędziliśmy sporo czasu na dyskusji o sprawach religijnych. Dostałem również parę plakatów oraz mini kalendarzyków do rozdania innym w celach informacyjnych na temat rekolekcji powołaniowych oraz zwykłych rekolekcji. Potem dowiedziałem się także o tym, że nazajutrz jest pobudka o godzinie 6:00 gdyż o. Arkadiusz jedzie odprawić Mszę Św. Do sąsiedniego miasteczka… I znów pomyślałem sobie o tym, że darowanemu koniowi… Więc tak też nie przejąłem się tym faktem. Co więcej plus tego był taki, że o 7:00 mogłem iść od razu na Mszę Św.

4picPo opuszczeniu przez o. Arkadiusza mojej miejscówki miałem czas na rozejrzenie się po moim tymczasowym miejscu zamieszkania. Na jednej ścianie wisiała tablica korkowa z masą zdjęć… Parę zdjęć było nawet z Exodusu Młodych, co od razu przywołało pozytywne wspomnienia. Zrobiłem sobie jeszcze jedną herbatę i poszedłem spać.

Noc minęła niepostrzeżenie. Obudził mnie o. Arkadiusz. Zebranie się, ogarnięcie, posprzątanie sali i zjedzenie śniadania (składającego się z ciastek i kanapek przygotowanych przez brata) zajęło mi nie całe 30 minut. Po tym czasie podziękowałem o. Arkadiuszowi za azyl i udałem się na Mszę Św. Było mroźno ale na szczęście kościół był ogrzewany więc było znośnie. Po Eucharystii okazało się ze bus do Rzeszowa miałem o 6:15 a nie jak sądziłem o 9:00. To oznaczało, ku mojej radości, że w Zamościu zostanę jeszcze do 15:30. Z tym jak zająć sobie czas, problemu w sumie nie miałem, bo kocham zwiedzać, poznawać ludzi itp 🙂 ale jednak chciałem zostawić gdzieś te moje rzeczy, żeby nie chodzić z nimi jak głupi.

Pomocna pani z Urzędu Miasta Zamościa…

I tak gdy poszukiwałem miejsca na moje rzeczy, spotkałem pewną miłą panią, która widząc że się za czymś rozglądam, zapytała się mnie czego potrzebuję. Ja opowiedziałem swoją historię oraz obecną sytuację oraz to, że szukam miejsca, gdzie ktoś mógłby przechować moje bagaże. Okazało się, że owa pani jest urzędniczką państwową i pracuje w Urzędzie Miasta Zamość. Zaproponowała mi pomoc w przechowaniu moich rzeczy u siebie w kantorku! I tak kolejna osoba pomogła mi. Czułem się wspaniale! Zacząłem znów wierzyć w dobroć ludzi i ich bezinteresowność. Oczywiście bardzo jej za to podziękowałem i umówiłem się że po swoje rzeczy przyjdę o godzinie 15:00. Potem pobłądziłem sobie celowo jeszcze po starówce, odwiedziłem sklep-kawiarnię „Pożegnanie z Afryką” z zapytaniem o ceny i o to czy mają to przepyszne ciastko które pamiętam z dzieciństwa (niestety nie mieli) oraz czy poszukują kogoś do pracy – niestety i ta odpowiedź również była przecząca :(. Później czas mi zaczął szybciej lecieć, gdyż udałem się do II LO do biblioteki by pisać niniejszego bloga. Potem coś jeszcze kupiłem sobie na drogę, odebrałem swoje rzeczy i dotarłem już bez żadnych przygód do busa 🙂

Na zakończenie napiszę tylko to, że szczęśliwie już dotarłem na czas na dworzec i że szczęśliwie dojechałem do Rzeszowa oraz to, że zdążyłem na spotkanie organizacyjne FLASHMOBOWYCH ZARĘCZYN w Rzeszowie, których jestem współorganizatorem. Jednakże to już inna bajka i może napiszę o tym w innym wpisie jak się wszystko zakończy. Na koniec chciałem napisać, że to co czułem pod koniec mojej wycieczki do Zamościa było radością, że jednak jest Ktoś kto się nami opiekuje i to że nie można nigdy tracić nadziei i że ZAWSZE JEST JAKIEŚ WYJŚCIE CZY ROZWIĄZANIE PROBLEMU.  Póki żyjemy wszystko jest możliwe!