MÓJ EXODUS – EXODUS MŁODYCH 5.0

To już drugi raz, kiedy to przybyłem na Spotkanie Młodych w Zwierzyńcu, które nazywa się Exodus Młodych… Pierwszy raz byłem na tym pięknym spotkaniu rok temu.

Mój przyjazd na Exodus w tym roku był pod znakiem zapytania jeszcze miesiąc przed Spotkaniem Młodych… Jednak już tydzień przed rozpoczęciem Exodusu, byłem już pewien, że tam pojadę. Nie wiedziałem jednak jeszcze w jaki sposób się tam dostanę… Pomyślałem sobie, że zamieszczę ogłoszenie na stronie Exodusu na Fejsbuku. Wkrótce po tym fakcie pojawiła się odpowiedź. Okazało się, że dwie siostry zakonne jadą 8- osobowym busem z młodymi ludźmi, bodajże z Leżajska i przejeżdżają przez Rzeszów (była to jedyna odpowiedź na moje ogłoszenie).

Umówiliśmy się, że zabiorą mnie praktycznie z mojego osiedla. Tak też się stało. W dniu wyjazdu spakowałem plecak, namiot i dwa śpiwory gdyż jeden śpiwór potrzebowała pewna dziewczyna, która ogłosiła ten fakt przed Exodusem, również na fejsbukowej stronie Spotkania. Pomyślałem sobie, że biorąc ze sobą jeden śpiwór więcej, zrobię dobry uczynek i rzeczywiście, ta potrzebująca śpiwora dziewczyna była po spotkaniu bardzo zadowolona z tego, że miała dobrą ochronę przed zimnem.

Skąd miałem 2 śpiwory? Otóż jeden znalazłem na polu namiotowym na Spotkaniu Młodych w Wołczynie (oczywiście już po SM Wołczyn =)) , które odbyło się w lipcu.

Wracając, do mojej podróży na Exodus Młodych… Wyjechaliśmy z Rzeszowa. Szybko zintegrowałem się z ludźmi w busie, którzy byli w wieku gimnazjalnym, licealnym i 2 osoby już po liceum. Tak wiec, rozpiętość wiekowa była spora, zupełnie tak jak na Exodusie. Dlatego jak dla mnie Exodus, zaczął się już w tym busie… Po drodze odwiedziliśmy dom rodzinny jednej z sióstr, gdzie zostaliśmy poczęstowani przepysznym ciastem domowym i najprawdziwszym mlekiem prosto od krowy.

Do Zwierzyńca przyjechaliśmy po południu. Z moją grupką z busa rozstałem się, by poszukać miejsca na namiot. Szybko udało mi się znaleźć idealne miejsce na rozłożenie namiotu i tak zaczął się Mój Exodus… Tak jak w tamtym roku, pomyślałem, że zorganizuję akcję FREE HUGS (Darmowe Przytulanie), która jak się potem okazało, cieszyła się sporym zainteresowaniem. W tym roku dodatkowo przygotowałem 2 koszulki z napisem FREE HUGS. Oczywiście tę akcję wprowadzałem stopniowo, szczególnie w momencie, kiedy były koncerty. Czemu to zrobiłem? Było to częścią mojego planu, który zakładał aby jak najlepiej poznanie jak największą ilość osób w różnym wieku oraz sprawić , by na ich twarzach pojawiał się jeszcze częściej uśmiech. Tę część planu uważam za zakończoną pełnym sukcesem!

Teraz napiszę, jakie miałem nastawienie jadąc na Exodus Młodych 5.0… Otóż pragnąłem jak najpełniej doświadczyć Boga już od samego początku trwania tego Spotkania. Nie chciałem skupiać się na jednej lub kilku osobach (jak w tamtym roku), co wiem, że niestety do niczego to dobrego nie doprowadziło. Dlatego szukałem Boga w ludziach, w tej tymczasowej wspólnocie, w występujących ludziach na scenie, co noc spędzałem parędziesiąt minut przed Najświętszym Sakramentem… Po prostu chciałem skupić się na Tym, który sprawił, że znów mogłem pojawić się na Exodusie, moim Exodusie, który przekazał mi istotną wiadomość, bym się nie bał, bo ON jest i działa.

Na tym spotkaniu poznałem fantastycznych ludzi, którzy będąc częścią tej wspólnoty dali mi nadzieję na lepsze jutro… Choćby przemiłe panie z gastronomii, które poprosiły mnie o pomoc, abym zorganizował grupę chłopaków do noszenia ławek do namiotu, gdzie można było spożywać posiłki: Po akcji każdy z nas, co nosił ławki, dostał po porcji frytek.

Dziękuję tym samym paniom za to, że kiedy byłem głodny, mogłem sobie nieodpłatnie przypiec sam chleb na grillu by potem skonsumować go z keczupem. Również dziękuję dziewczynom, którym pomogłem na początku Exodusu rozłożyć namiot, za budyń i zupkę chińską oraz za batonik zbożowy. Dziękuję również członkowi Odnowy w Duchu Świętym za poświęcony mi czas na rozmowę i modlitwę wstawienniczą w białym namiocie! To wpłynęło na moją decyzję na podjęcie dialogu w sprawie dla mnie bardzo ważnej! Nie uda mi się wymienić wszystkich tych, którym chciałbym bardzo podziękować, za ten czas na Exodusie dlatego, jeżeli byłeś/aś na tym spotkaniu to wiedz, że DOBRZE ŻE JESTEŚ!

Wierzę, że to co się stało od momentu podjęcia przeze mnie DECYZJI o wyjeździe na Exodus Młodych nie było przypadkiem i to, że jechałem w taki a nie inny sposób i to że spotkałem takich a nie innych ludzi. Za to chwała Panu!

Moja niewierność…

Witajcie!

Trochę minęło od poprzedniego mojego wpisu ale tak musiało być, gdyż nie chcę pisać czegoś na siłę… Tym razem będzie to moje świadectwo, które dotyczy mojego życia jak i Spotkania Młodych w Wołczynie, na które jeżdżę już od 4 lat…

Od zeszłego, XX Spotkania Młodych w Wołczynie, wiedziałem już, że bardzo chcę pojechać na kolejne Spotkanie… Nie wiedziałem tylko czy pozwoli mi na to czas, środki finansowe oraz ewentualna praca… Liczyłem się z tym… Jak co roku przed Wołczynem wkładałem serce w promocję tego Spotkania w Rzeszowie: rozwieszając plakaty czy roznosząc, przysłane na moją prośbę ulotki. Ulotki rozdałem między innymi na Koncercie Jednego Serca Jednego Ducha, który odbywa się co roku zawsze w Boże Ciało w Parku Sybiraków w Rzeszowie.

Tymczasem będąc bezrobotnym dostałem się do projektu z UE, który oferował szkolenia oraz półroczny staż, dla każdego, kto spełniał odpowiednie kryteria oraz, kto oczywiście się zgłosił na ten projekt. W tym projekcie można było sobie wybrać, w czym chce się rozwijać oraz szkolić. Całość projektu trwa ok. Parę miesięcy + pół roku stażu, w dodatku płatnego. To było coś dla mnie, gdyż szukałem już bardzo długo dobrej pracy, ale niestety nigdzie takowej nie udało mi się znaleźć (zgodnej z moim wykształceniem tj. Turystyka i rekreacja oraz zarządzanie w turystyce). Ten projekt dosyć się przedłużał, szukanie stażu itp. Oddalało coraz bardziej wizję uczestnictwa w Spotkaniu Młodych w Wołczynie… Ale miałem nadzieję cały czas, gdyż na ostatnich rekolekcjach WwK (Wołczyn w Krakowie) każdy z uczestników dostał patrona, któremu mógł powierzyć swój wyjazd na SM Wołczyn. Ja dostałem Św. Stanisława. Modliłem się więc do niego, aby pozwolił mi jakimś cudem znaleźć się w Wołczynie. W międzyczasie pojawiły się komplikacje ze stażem (który już miałem zaczynać). Okazało się, że niestety nie przysługuje mi prawo do urlopu w pierwszym miesiącu stażu (tylko dopiero od drugiego miesiąca i to tylko dodatkowe 2 dni). W związku z czym pogodziłem się ze smutkiem, że w tym roku nie pojadę na to Spotkanie Młodych…

SM Wołczyn już się zaczął, a ja ze smutkiem oglądałem relacje z Wołczyna przez Internet. Zadawałem Bogu pytania: DLACZEGO MNIE NIE WYSŁUCHAŁEŚ? Przecież to spotkanie jest DOBRE! Pozwoliłeś mi być na nim już 3 razy! I do Św. Stanisława też miałem pretensje: ŚW. STANISŁAWIE! CZEMU NIE MOGĘ POJECHAĆ NA WOŁCZYN?! CZY TO, ŻE DOSTAŁEM CIĘ JAKO PATRONA MOJEGO WYJAZDU DO WOŁCZYNA NIC NIE ZNACZYŁO????? Itd…I nastała środa… Trzeci dzień trwania Spotkania. Dostałem rano koło 9:00 telefon, żebym udał się na rozmowę w sprawie stażu dopiero w poniedziałek… (sic!) Złapałem się za głowę!: JAK TO?????????????????? GDYBYM WIEDZIAŁ WCZEŚNIEJ, TO MÓGŁBYM POJECHAĆ SPOKOJNIE NA WOŁCZYN!!!!! Coś mnie ścisnęło w środku, a to był żal… Jednak jedna najbliższa mi osoba podpowiedziała mi: A może jednak pojedziesz? Sprawdź rozkład busów! Sprawdziłem. Okazało się, że najszybciej będzie NEOBUS. Ale odjazd był ok 12:30 czyli za jakieś 2 godziny…

Nie czekając wiele, spakowałem się w NIECAŁĄ GODZINĘ (śpiwór, karimata, namiot, osprzęt oraz wszystko inne) oraz wziąłem, prysznic… Byłem w euforii! Okazało się także, że i pieniądze na wyjazd się znalazły. Miałem wszystko co potrzeba więc wsiadłem w busa o 12:30 i o ok. 22:30 byłem w Wołczynie… Wychodząc z PKP pierwszy raz szedłem nocą przez Wołczyn. Ale czułem się jak w domu! Trafiłem pod Amfiteatr bez problemu! Akurat wtedy Przenajświętszy Sakrament był chowany… Piękne pieśni spotęgowały moje odczucia. Dziękowałem Bogu z to, że znalazłem się na Wołczynie, czując jednocześnie, że Bóg mnie wysłuchał jednak! W końcu nie prosiłem Go aby być od początku Spotkania :)… W pierwszy dzień Spotkania rozdawano opaski na rękę z fragmentami Pisma Świętego. Także i ja dostałem taką opaskę zaraz przy rejestracji. Był na niej następujący cytat:

Uleczę ich niewierność i umiłuję ich z serca.

Bo gniew mój odwrócił się od nich. (Oz 14,5)

Nie rozumiałem na początku tego fragmentu i jakie ma odniesienie do mojego życia. Potem zrozumiałem… Zrozumiałem, że moja niewiara jest tak na prawdę skutkiem mojej niewierności tj. Braku zaufania Bogu, Jego słowom i obietnicy, że będzie przy mnie ZAWSZE. Ciągle szukam Go i zadaję sobie często pytanie: GDZIE JESTEŚ BOŻE? Czy ty faktycznie istniejesz, czy jesteś tylko wytworem Kościoła aby łatwiej było Kościołowi manipulować wiernymi?… Teraz przekonuję się, że w sumie nigdy nie zawiodłem się na Bogu i Jego obietnicach… Szczególnie wtedy, gdy byłem w potrzebie czy w sytuacji – zdawałoby się – bez wyjście… Tymczasem wracając do Wołczyna: Całe spotkanie przeżyłem w pełni, tak jakbym był od początku. Poświęcałem jak najwięcej czasu na dialog z drugim człowiekiem. Cieszyłem się jak dziecko, radością niewymowną! W dodatku Bóg dał mi wspaniałą grupę i siostrę Hiacyntę, która prowadziła spotkania. Miałem WSZYSTKO dokładnie tyle ile mi wystarczyło na przeżycie, podróż w tę i z powrotem! Wierzę, że przez to wszystko co się wydarzyło, Bóg pokazał mi, jak wiele brakuje mi, wiary oraz zaufania do Niego oraz to, że troszczy się o swoje dzieci pokazując swoją nieograniczoną i potężną Miłość, która jest wstanie przezwyciężyć wszystko oraz zakusy złego.

Mógłbym napisać jeszcze więcej, czego doświadczyłem ale myślę, że główną myśl już wyraziłem w niniejszym świadectwie, którą uważam za najważniejszą! Jeżeli jakaś myśl mi przyjdzie to uzupełnię wpis. Tymczasem, życzę Tobie mój drogi czytelniku wszelkiego dobra i Miłości. Prawdziwej Miłości.

Pax!

ZAMOŚĆ: 3 LICEA I KLASZTOR… (cz. 2)

Zamość. Było przed 8:00 a ja miałem busa do Rzeszowa dopiero o 15:30… W takim wypadku pomyślałem sobie, że trzeba jakoś zająć sobie czas i wpadłem na pomysł by odwiedzić II LO i znaleźć byłą aby przeprosić ją za moje błędy przeszłości. Tak jak pomyślałem tak zrobiłem. Na komórce miałem nagranie instrukcji mojej byłej (Magdy – imię zmienione) jak znaleźć jej klasę w II LO. Po odtworzeniu nagrania przypomniałem sobie nazwisko jej wychowawcy, literkę jej klasy itp. Po krótkim spacerze trafiłem na to liceum no i też bez problemu znalazłem klasę Magdy… A właściwie to Ona pierwsza mnie zauważyła gdy siedziałem w szkolnej bibliotece, a że ona to straszny mól książkowy, to biblioteka była jej naturalnym miejscem egzystencji. Załatwiłem z nią co miałem załatwić. (oczywiście przed przybyciem do jej szkoły wysłałem jej sms-a że się pojawię, by dziewczę się za bardzo nie zdziwiło :P). Właśnie zaraz potem zacząłem pisać niniejszy wpis do bloga. Nie kończę go, gdyż to co potem się wydarzyło jest też związane z Zamościem. Żeby nie zabierać czasu napiszę, że odwiedziłem potem jeszcze2 inne licea a mianowicie:

  • I LICEUM w Zamościu – gdzie miałem drugą koleżankę z EXODUSU 4.0 – Małgosię
  • III LICEUM w Zamościu – gdzie miałem trzecią koleżankę z EXODUSU 4.0 – Dianę

Ponieważ znałem tylko imiona i nazwiska koleżanek to musiałem trochę się popytać i pokazać ich zdjęcia z FB. I takim sposobem dotarłem do każdej odpytując max. 3 ludzi w każdym z LO. Czułem się dumny i szczęśliwy że udało mi się zrealizować założone cele. Ta ostatnia koleżanka sprawiła że mój pobyt w Zmc nieoczekiwanie się przedłużył oraz nabrał posmaku przygody!!!!!! Zupełnie nieświadomie to zrobiła no ale jestem jej bardzo za to wdzięczny bo na prawdę wtedy poczułem opiekę Najwyższego!

O tym jak Diana sprawiła, że w Zamościu zostałem noc dłużej…

Jak to się wszystko stało, że Diana sprawiła, że w Zamościu zostałem noc i dzień dłużej? Może wrócę do odwiedzin tego III LO, gdzie Diana się uczyła. Dowiedziałem się wtedy, kiedy dotarłem do tego LO, że Diana ma zajęcia z WFu… ;P Nie tracąc więc czasu udałem się na salę gimnastyczną (a właściwie na balkon z którego widać było widać tę salę) podzieloną na 3 mniejsze boiska. Na każdym boisku grała inna klasa. Po zlokalizowaniu tej właściwiej klasy (DZIĘKI ANGELIKA! :)) odnalazłem i Dianę która zaciekle grała na boisku z innymi koleżankami z klasy. Dziewczyna była zaskoczona moim widokiem i z wielką radością powitała mnie okrzykiem entuzjazmu. Pomyślałem sobie: cała Diana! Specjalnie dla mnie (dzięki spoko-gościowi od W/Fu) troszkę wcześniej wyszła dla mnie z boiska ponieważ za godzinę miałem mieć busa do Rzeszowa… Wyszła, spotkaliśmy się, pogadaliśmy, przeszliśmy się na starówkę Zamościa. Ponieważ już zbliżała się godzina odjazdu mojego busa, Diana skierowała mnie w stronę przystanku, z którego – jak twierdziła – odjeżdżają busy do Rzeszowa… Rozstaliśmy się jak zwykle przytulańcem i udaliśmy się w swoje strony… Doszedłszy do przystanku zorientowałem się że nie ma na nim oznaczenia mojego busa… Zapytałem się czy z tego przystanku odjeżdżają busy… Dostałem odpowiedź, że i owszem. Pytam się więc dalej: Czy odjeżdża stąd bus do Rzeszowa? Odpowiedź padła negatywna… Patrzę na zegarek a tu: 5 minut do odjazdu!!!!! Biorę toboły i biegnę w stronę PKSu… Patrzę jednak na zegarek i już wiem, że jednak nie zdążę. W takim wypadku zwolniłem – bo po co się śpieszyć? Będzie co ma być! Po parunastu minutach doszedłem do PKS-u. Obczaiłem wszystkie możliwości. Niestety wszystko co jechało – odjechało. PKP też obczaiłem (chwała Internetowi w telefonie!) no, ale sytuacja niestety taka sama. Zrezygnowany wracam w stronę Starówki. Pomyślałem sobie, że w takim wypadku wejdę do kościoła: może ktoś mi udzieli azylu?

Franciszkanie przychodzą z pomocą!

Zaczynała się akurat Msza Św. U Ojców Franciszkanów Konwentualnych. Powiem szczerze, że wtedy zacząłem się na prawdę mocno modlić w duchu, gdyż perspektywa spędzenia nocy na mrozie zdecydowanie mi się nie uśmiechała. Tymczasem wracając do mojej sytuacji… Msza się skończyła, a ja z tymi tobołami, drożdżówkami i plecakiem oraz garniturem sterczałem na końcu kościoła. W pewnym momencie widzę idącego w stronę wyjścia młodego zakonnika. Uśmiechnął się do mnie i zapytał się gdzie podróżuję. Ja opowiedziałem mu swoją krótką historię oraz streściłem mój pobyt w Zamościu. Brat zakonny chwilę się zastanowił i polecił mi poczekać na zewnątrz kościoła. Sam poszedł do klasztoru zapytać się przeora czy, nie byłoby możliwości przenocować mnie. Tymczasem ja stałem już z 10 minut na tym lekkim mrozie. Jednakże przeczucie, że wszystko dobrze się skończy – rozgrzewała mnie od środka. W pewnym momencie widzę, że w moim kierunku idzie brat Arkadiusz (bo tak się nazywał ów zakonnik). Przekazał mi dobrą nowinę gdyż okazało się, że mimo tego, że cały dom rekolekcyjny jest zajęty, to jest możliwość przenocowania na sofie w miarę ciepłym miejscu. A był to korytarzyk łączący salkę spotkań grup duszpasterskich z wyjściem. Poszedłem z Ojcem w tamto miejsce i faktycznie sofa była, była nawet łazienka i ubikacja. Jednak temperatura nie sprzyjała niestety, tym bardziej, że byłem trochę zziębnięty. Ale cóż z drugiej strony darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy! Jednak spróbowałem z bratem przenieść tę sofę do salki spotkań, jednak niestety nie mieściła się we framudze. Cóż… – pomyślałem sobie- trzeba będzie spać w kurtce. Jednak o. Arkadiusz wpadł na pomysł, że może prześpię się na ławie w tej salce. A salka była o wiele cieplejsza. W dodatku ława stała przy grzejniku. Oprócz tego w salce były jeszcze ławki a naokoło poustawiana krzesła w miękkich obiciach. Wpadłem na pomysł, że z tych krzeseł można zrobić całkiem wygodne łoże, tylko wystarczy je odpowiednio poukładać. Tak też zrobiłem i z pomocą o. Arkadiusza stworzyliśmy całkiem fajne łóżko. Ojciec jeszcze przyniósł koce oraz śpiwór więc warunki stały się na prawdę dobre. Co więcej jeszcze dostałem coś do jedzenia a także gorącą herbatę która była do zaparzania na miejscu. Z o. Arkadiuszem spędziliśmy sporo czasu na dyskusji o sprawach religijnych. Dostałem również parę plakatów oraz mini kalendarzyków do rozdania innym w celach informacyjnych na temat rekolekcji powołaniowych oraz zwykłych rekolekcji. Potem dowiedziałem się także o tym, że nazajutrz jest pobudka o godzinie 6:00 gdyż o. Arkadiusz jedzie odprawić Mszę Św. Do sąsiedniego miasteczka… I znów pomyślałem sobie o tym, że darowanemu koniowi… Więc tak też nie przejąłem się tym faktem. Co więcej plus tego był taki, że o 7:00 mogłem iść od razu na Mszę Św.

4picPo opuszczeniu przez o. Arkadiusza mojej miejscówki miałem czas na rozejrzenie się po moim tymczasowym miejscu zamieszkania. Na jednej ścianie wisiała tablica korkowa z masą zdjęć… Parę zdjęć było nawet z Exodusu Młodych, co od razu przywołało pozytywne wspomnienia. Zrobiłem sobie jeszcze jedną herbatę i poszedłem spać.

Noc minęła niepostrzeżenie. Obudził mnie o. Arkadiusz. Zebranie się, ogarnięcie, posprzątanie sali i zjedzenie śniadania (składającego się z ciastek i kanapek przygotowanych przez brata) zajęło mi nie całe 30 minut. Po tym czasie podziękowałem o. Arkadiuszowi za azyl i udałem się na Mszę Św. Było mroźno ale na szczęście kościół był ogrzewany więc było znośnie. Po Eucharystii okazało się ze bus do Rzeszowa miałem o 6:15 a nie jak sądziłem o 9:00. To oznaczało, ku mojej radości, że w Zamościu zostanę jeszcze do 15:30. Z tym jak zająć sobie czas, problemu w sumie nie miałem, bo kocham zwiedzać, poznawać ludzi itp 🙂 ale jednak chciałem zostawić gdzieś te moje rzeczy, żeby nie chodzić z nimi jak głupi.

Pomocna pani z Urzędu Miasta Zamościa…

I tak gdy poszukiwałem miejsca na moje rzeczy, spotkałem pewną miłą panią, która widząc że się za czymś rozglądam, zapytała się mnie czego potrzebuję. Ja opowiedziałem swoją historię oraz obecną sytuację oraz to, że szukam miejsca, gdzie ktoś mógłby przechować moje bagaże. Okazało się, że owa pani jest urzędniczką państwową i pracuje w Urzędzie Miasta Zamość. Zaproponowała mi pomoc w przechowaniu moich rzeczy u siebie w kantorku! I tak kolejna osoba pomogła mi. Czułem się wspaniale! Zacząłem znów wierzyć w dobroć ludzi i ich bezinteresowność. Oczywiście bardzo jej za to podziękowałem i umówiłem się że po swoje rzeczy przyjdę o godzinie 15:00. Potem pobłądziłem sobie celowo jeszcze po starówce, odwiedziłem sklep-kawiarnię „Pożegnanie z Afryką” z zapytaniem o ceny i o to czy mają to przepyszne ciastko które pamiętam z dzieciństwa (niestety nie mieli) oraz czy poszukują kogoś do pracy – niestety i ta odpowiedź również była przecząca :(. Później czas mi zaczął szybciej lecieć, gdyż udałem się do II LO do biblioteki by pisać niniejszego bloga. Potem coś jeszcze kupiłem sobie na drogę, odebrałem swoje rzeczy i dotarłem już bez żadnych przygód do busa 🙂

Na zakończenie napiszę tylko to, że szczęśliwie już dotarłem na czas na dworzec i że szczęśliwie dojechałem do Rzeszowa oraz to, że zdążyłem na spotkanie organizacyjne FLASHMOBOWYCH ZARĘCZYN w Rzeszowie, których jestem współorganizatorem. Jednakże to już inna bajka i może napiszę o tym w innym wpisie jak się wszystko zakończy. Na koniec chciałem napisać, że to co czułem pod koniec mojej wycieczki do Zamościa było radością, że jednak jest Ktoś kto się nami opiekuje i to że nie można nigdy tracić nadziei i że ZAWSZE JEST JAKIEŚ WYJŚCIE CZY ROZWIĄZANIE PROBLEMU.  Póki żyjemy wszystko jest możliwe!

Świadectwo 1

PROLOG

Witajcie!

Chciałbym się podzielić z wami świadectwem związanym z wydarzeniami które przytrafiły mi się w ostatnich dniach a które sam jakby zapoczątkowałem… Od pewnego czasu (od wakacji w sumie) Jestem związany ze Spotkaniem Młodych w Wołczynie, które odbyło się na wakacjach w roku 2011 już 18-sty raz. W tym roku będzie kolejne. W okresie między tymi głównymi spotkaniami odbywają się rekolekcje pt. „Wołczyn w Krakowie”, które organizowane są u Kapucynów w dzielnicy Krakowa- Olszanicy. Oczywiście przez braci Kapucynów. W ostatnią niedzielę skończyły się właśnie takie rekolekcje pod nazwą WwK 6 (Wołczyn w Krakowie po raz 6-ty).

Pragnienie

Chciałem bardzo pojechać na te rekolekcje wielkopostne lecz niestety nie maiłem na pociąg… Miałem tylko 25 PLN na same rekolekcje… Myślałem, że może do czasu tych rekolekcji uda mi się uzbierać fundusze… Niestety… w dniu rekolekcji okazało się, że mam tylko na pokrycie samych rekolekcji. Ponieważ bardzo chciałem tam jechać, nie czekając wiele, zacząłem się pakować. Miałem przygotowany plecak, karimatę i śpiwór. W plecaku miałem wszystko to co mi było potrzebne: poczynając od bielizny przez spodnie, jakąś bluzkę i podkoszulki a kończąc na menażce, niezbędniku, nożu i Piśmie Św. Mój plan był prosty – jadę autostopem i wracam autostopem i nie dbam o to co się będzie dziać – wszystko powierzam Bogu. Plany się trochę zmieniły, gdy pewna osoba z rodziny ukryła mi plecak i śpiwór nie chcąc bym jechał bo jak twierdziła – to niebezpieczne… To sprawiło, że ogień się we mnie zapalił i pewność i upór, że do Krakowa jednak dojadę. Nie czekając chwili wziąłem karimatę i 2-ie mniejsze torby gdzie wsadziłem najpotrzebniejsze rzeczy – bieliznę, bluzę z kapturem, pastę i szczoteczkę do zębów, żel pod prysznic, kamerę, mp4, coś do pisania i te 25 PLN plus parę zł na MPK. Pomyślałem – od tej pory jestem Twój Panie.

Droga

Wyszedłem z domu. Wsiadłem do autobusu słuchając Infected Mushrooms. Chwilę później znalazłem się w galerii Nowy Świat, przy drodze wyjazdowej z Rzeszowa a skierowanej w kierunku Krakowa. W jakimś sklepie odzieżowym zaopatrzyłem się w dużą tekturę i marker, którym napisałem na kartonie – KRAKÓW. Następnie wstąpiłem jeszcze do Sephory, by pachnieć jako tako. Wyszedłem z galerii… Znalazłem dogodne miejsce do łapania stopa i czekałem… 10, 20, 30 minut… Niecierpliwiłem się… Pomyślałem- będę tu stać do późnej nocy i jestem tego całkowicie pewien! Patrząc po rejestracjach, zauważyłem, że sporo ludzi jedzie do Krakowa (bo wiele samochodów miało Krakowskie oznaczenia). Niestety nikt się nie raczył zatrzymać. Traciłem, nadzieję i było mi zimno… Zerknąłem na zegarek – minęła już 45 minuta a w KrK już powoli rozpoczynało się spotkania… Pomyślałem – trudno – nie poddam się! Czekałem dalej… W pewnym momencie ktoś się zatrzymał (myślałem, że pewnie się zatrzymuje na przystanku, bo przystanek był obok). Po paru sekundach, jednak słyszę wołanie i pytanie – no wsiadasz?… Serce zabiło mi mocniej.. Nie czekając wiele zdjąłem plecak i torbę, wsadziłem karton na tylne siedzenie Audi sedana i usadowiłem się na przednim siedzeniu. Przedstawiliśmy się sobie. Mężczyzna nazywał się Adam (imię zmienione) i wyglądał na młodego może zaraz po studiach… Ale wkrótce okazało się, że jest o wiele starszy, ma żonę i trójkę dzieci. Ma własną firmę budowlaną i jak stwierdził – ma wszystko co mu potrzeba do szczęścia. Zapytał się dokąd jadę, a ja odparłem na to, że do Krakowa Olszanicy do Kapucynów na Rekolekcje… Adam odpowiada mi na to, że nie jest wierzącym i że Bóg jest narzędziem dla Kościoła, by manipulować ludźmi i wyciągać od nich między innymi pieniądze… Ja odparłem na to, że nie koniecznie tak jest… Że ja ogólnie opieram się na twierdzeniu Pascala i to mnie trzyma przy kościele. Poza tym, uważam, że kościół to najlepsza religia spośród dostępnych, że w żadnej innej nie znajdziesz zasady, że ON CIĘ KAMIENIEM A TY GO CHLEBEM. I mimo to, że Kościół ma wady to staram się wierzyć w Boga i chcę go doświadczać. Dlatego też porwałem się na podróż do Krakowa mając przy sobie tylko tyle, by pokryć rekolekcje. Jadąc do Krakowa poruszaliśmy bardzo wiele tematów m. in. dowiedziałem się, że Adam ma również i trzy kochanki… ale pozwólcie, ze pominę ten wątek bo nie to jest ważne. po ok 2,5 h dotarliśmy do KrK.

U celu…

Adam wysadził mnie na parkingu przy Galerii Krakowskiej. Stąd miałem już blisko do przystanku. Po dłuższym czekaniu na autobus (jak zwykle zapomniałem sobie jaki to numer jedzie do Olszanicy), wsiadłem do upragnionego 152. Po ok pół godziny dojechałem do szkoły, zapłaciłem, zakwaterowałem i zapisałem. Znalazłem sobie się tam gdzie zwykle (na korytarzu, bo tam miałem kontakt, o prowizoryczną półkę zrobioną z gablotki na ogłoszenia). Wykombinowałem sobie śpiwór od braci, menażkę i ręcznik. (Tych rzeczy nie miałem bo zostały w głównym plecaku). I tak zaczęły się moje rekolekcje. W pierwszym dniu było czuwanie na głównej sali (sali gimnastycznej), przy akompaniamencie zespołu muzycznego (ślicznie grali!). Wtedy to ze łzami w oczach dziękowałem za to, że dojechałem do Krakowa cały i zdrowy. Wtedy to powierzyłem Bogu cały ten pobyt w Krakowie i rekolekcje oraz wszystkie bliskie osoby memu sercu. W tym czasie była też możliwość spowiedzi, z której początkowo nie chciałem skorzystać… Jednakże przemogłem się i nie żałuję. To była jedna z najpiękniejszych chwil podczas mojego pobytu w KrK. Spotkałem wiele osób bliskich mojemu sercu do których czułem sympatię. Wiele osób tez pierwszy raz w życiu widziałem… Kolejny dzień był dniem kiedy to równie silnie doświadczyłem Boga. To był moment podczas Eucharystii. Poczułem, że chcę służyć podczas mszy Św. i tak też się stało. Poczułem niewysłowioną radość… Było wiele niezwykłych momentów ale pozwólcie, że je pominę bo zajęłoby to baaardzo dużo miejsca a wiem, że niektórzy już i tak spasowali. Oczywiście chciałem też pomagać w samej organizacji spotkania czy sprzątaniu po spotkaniu i to czyniłem. Chciałem być w porządku wobec wszystkich. W drugim dniu po Eucharystii u Kapucynów w Krakowie wyszliśmy na Rynek i tam zrobiliśmy flashmob polegający na machaniu chustami do hejnalisty (które miały kolor żółty i wydrukowany symbol rekolekcji). Ku naszej radości po zagraniu hejnału, hejnalista odmachał nam swoją trąbką! =D mieliśmy też koperty z wybraną siglą z Pisma Św. i wręczaliśmy je przypadkowo napotkanym ludziom. Niestety znając moją zapominalskość, ja nie wziąłem ze szkoły swojej koperty. (dałem ją po spotkaniu, gdy szedłem na dworzec PKP jakiejś dziewczynie). No ale nie uprzedzając faktów. W ten dzień też przeszedłem poważną rozmowę z jednym z ojców… Ten dialog dał mi wiele do myślenia… W sobotę wieczorem (z racji że to była druga i ostatnia noc) mogliśmy dłużej sobie posiedzieć w nocy a dokładnie do 24:00. Ja grałem z grupką w tzw długopis. Po 24:00 dostaliśmy pozwolenie od jednego z braci, że możemy jeszcze grać, ale żebyśmy byli cicho. graliśmy tak do 1:00 ale potem już przyszedł brat i kazał iść już spać. My natomiast przemieściliśmy się do pomieszczenia które było w miarę ukryte i tam graliśmy w mafię. Oczywiście nie było idealnej ciszy więc szybko nas wytropiono no i musieliśmy kończyć zabawę. Ostatni dzień (niedziela) przeszedł bardzo szybko. Kulminacyjnym dniem była Msza Św. którą też bardzo mocno przeżyłem. Po Mszy był czas na pakowanie się i pożegnania. Był też smaczny bigos (mimo, że chleb się skończył). Tak się złożyło, że znalazły się też jakimś cudem pieniądze na pociąg powrotny (darczyńcy baaardzo dziękuję!). Po obiedzie zostałem po to aby jeszcze posprzątać szkołę. W podziękowaniu dostaliśmy wołczyńskie skarpety od pewnego brata =D!

Czas powrotu…

Na dworzec PKP wracałem z Alą. Tam nasze drogi się rozdzieliły i każdy poszedł na swój pociąg. Ponieważ miałem resztę z pieniędzy z bilety i parę swoich groszy zaopatrzyłem się w drożdżówki i wodę na podróż. Potem okazało się, że mój pociąg był opóźniony 70 min! a po 70 minutach okazało się, że jednak opóźnienie wzrośnie do 120 min! (opóźnienie było związane z tym tragicznym wypadkiem i zderzeniem się pociągów dzień wcześniej – 16 ofiar śmiertelnych). Gdy już nadzieje na to, że doczekam się swojego pociągu we mnie gasły, poznałem trójkę młodych ludzi (Mariusza, Olę i Mateusza – imiona zmienione) którzy też czekali na ten skład co i ja… Jak się potem okazało pociągiem miał jechać tylko jeden chłopak (Mariusz) natomiast Mateusz i Ola tylko mu towarzyszyli. Dowiedziałem się, że Ola jest siostrą Mariusza. W pewnym momencie dzwoni telefon Mariusza… Mariusz się dowiaduje, ze jedną z tych 16 osób które zginęły w wypadku pociągów jest jego znajomy…Wszyscy posmutnieliśmy a Ola zaczęła ze łzami w oczach pocieszać Mariusza… Pociąg nie przyjeżdżał… Ola, Mariusz i Paweł chcieli już odchodzić… Ja nie mając pieniędzy chciałem zostać i czekać dalej. Ola zaproponowała, że wszyscy się złożą na kolejny bilet dla mnie (miałem możliwość przenocowania u swojej cioci w Wieliczce). Pomyślałem sobie- Boże dziękuję Ci za tych dobrych ludzi! I w tym momencie nadjechał nasz pociąg! Oddaję te 10 pln i wsiadam do pociągu… Wybieram pierwszy przedział i co się okazuje? Siedzi w nim moja koleżanka (i przyjaciółka mojej byłej dziewczyny). Jak się potem okazało – ona (moja była) tez siedziała w tym samym przedziale, tylko wysiadła akurat w Krakowie a obie dziewczyny jechały z Warszawy. Pomyślałem sobie, że jestem na dobrej drodze i wiedziałem, że to droga którą chciał, żebym szedł Bóg…