(nie)tak samo…

Długo musieliście czekać na ten wpis… Jednak tak musiało być, gdyż myśl, aby go napisać dojrzewała jak jabłoń która w końcu upuszcza swe owoce pod ich własnym ciężarem… Nie jest mi prosto pisać o tym co teraz przeżywam i myślę, gdyż to, co aktualnie dzieje się w moim życiu jest jednym wielkim splotem różnych przypadków czy nawet wypadków… Ostatnio dzięki pewnym osobom (w szczególności dzięki anonimowi o loginie sharnga) zrobiłem rewizję motywów swego postępowania dotyczącego poznawania płci pięknej. Doszedłem do wniosku, że nie jest ze mną tak źle, że na prawdę nie „zarywam” do dziewczyn by „zdobywać” je hurtowo. Gdybym nawet posiadał taką możliwość, myślę, że raczej bym podziękował… Dlaczego? dlatego, że każdą traktowałbym jak niepowtarzalne piękno, a żeby do cenić piękno, trzeba je odpowiednio adorować, z delikatnością podmuchu wiatru, który jest na tyle silny, że porusza liście ale na tyle delikatny, że ich nie strąca… Każde spotkanie z dziewczyną traktuję  jako niepowtarzalną okazję do poznania niepowtarzalnej duszy. Naie jest bynajmniej to „zarywanie”. Wydaje mi się, że zarywać do kogoś to próbować kogoś poderwać ze względu za możliwość doznania uniesienia seksualnego… Tak ja to widzę… Niestety takie zjawisko występuje zdecydowanie na różnego rodzaju imprezach (często zakrapianych alkoholem) gdzie instynkt bierze górę nad rozumem. Przepraszam bardzo ale ja czegoś takiego nie praktykuję. Owszem lubię zagadać do płci przeciwnej, ale nie po to aby ją zarwać. Piękno dziewczyny ma o wiele szerszy wymiar, wszakże to nie tylko ciało ale i umysł…

Są dziewczyny niedojrzałe i dojrzałe. Te pierwsze charakteryzują się tym, że myślą, iż są dojrzałe i zachowują się w sposób taki jakby były mądrzejsze od swojego rozmówcy (często objawia się to podniesionym tonem głosu lub potocznym językiem łacińskim). Natomiast te drugie charakteryzują się tym, że nie myślą o tym wcale, bo po prostu takie są. Nie potrzebują sobie nic udowadniać.

Reklamy

(Nie) doświadczenie zmysłów…

Zmysły moje są zbyt ubogie by doświadczyć Cię w pełni. Me słowa nie zdołają opisać Twego pełnego blasku jestestwa… Po prostu bądź… Bądź gdziekolwiek jesteś… Sama świadomość Twego istnienia jest dla mnie doświadczeniem napawającym mnie szczęściem jakie odczuwa się robiąc głęboki wdech po wynurzeniu się z otchłani mroku…

Nieziemska…

O nieziemska istoto o złocistych włosach… O oczach w których odbija się rajski świat… Płochliwa niczym ulotna chwila która ulatuje jak motyl… Rozmowa z Tobą jest niczym oddech po wynurzeniu się z otchłani zła i nicości życia codziennego… Czy jesteś zjawą? A może snem? A może zjawą we śnie?

Świadectwo 1

PROLOG

Witajcie!

Chciałbym się podzielić z wami świadectwem związanym z wydarzeniami które przytrafiły mi się w ostatnich dniach a które sam jakby zapoczątkowałem… Od pewnego czasu (od wakacji w sumie) Jestem związany ze Spotkaniem Młodych w Wołczynie, które odbyło się na wakacjach w roku 2011 już 18-sty raz. W tym roku będzie kolejne. W okresie między tymi głównymi spotkaniami odbywają się rekolekcje pt. „Wołczyn w Krakowie”, które organizowane są u Kapucynów w dzielnicy Krakowa- Olszanicy. Oczywiście przez braci Kapucynów. W ostatnią niedzielę skończyły się właśnie takie rekolekcje pod nazwą WwK 6 (Wołczyn w Krakowie po raz 6-ty).

Pragnienie

Chciałem bardzo pojechać na te rekolekcje wielkopostne lecz niestety nie maiłem na pociąg… Miałem tylko 25 PLN na same rekolekcje… Myślałem, że może do czasu tych rekolekcji uda mi się uzbierać fundusze… Niestety… w dniu rekolekcji okazało się, że mam tylko na pokrycie samych rekolekcji. Ponieważ bardzo chciałem tam jechać, nie czekając wiele, zacząłem się pakować. Miałem przygotowany plecak, karimatę i śpiwór. W plecaku miałem wszystko to co mi było potrzebne: poczynając od bielizny przez spodnie, jakąś bluzkę i podkoszulki a kończąc na menażce, niezbędniku, nożu i Piśmie Św. Mój plan był prosty – jadę autostopem i wracam autostopem i nie dbam o to co się będzie dziać – wszystko powierzam Bogu. Plany się trochę zmieniły, gdy pewna osoba z rodziny ukryła mi plecak i śpiwór nie chcąc bym jechał bo jak twierdziła – to niebezpieczne… To sprawiło, że ogień się we mnie zapalił i pewność i upór, że do Krakowa jednak dojadę. Nie czekając chwili wziąłem karimatę i 2-ie mniejsze torby gdzie wsadziłem najpotrzebniejsze rzeczy – bieliznę, bluzę z kapturem, pastę i szczoteczkę do zębów, żel pod prysznic, kamerę, mp4, coś do pisania i te 25 PLN plus parę zł na MPK. Pomyślałem – od tej pory jestem Twój Panie.

Droga

Wyszedłem z domu. Wsiadłem do autobusu słuchając Infected Mushrooms. Chwilę później znalazłem się w galerii Nowy Świat, przy drodze wyjazdowej z Rzeszowa a skierowanej w kierunku Krakowa. W jakimś sklepie odzieżowym zaopatrzyłem się w dużą tekturę i marker, którym napisałem na kartonie – KRAKÓW. Następnie wstąpiłem jeszcze do Sephory, by pachnieć jako tako. Wyszedłem z galerii… Znalazłem dogodne miejsce do łapania stopa i czekałem… 10, 20, 30 minut… Niecierpliwiłem się… Pomyślałem- będę tu stać do późnej nocy i jestem tego całkowicie pewien! Patrząc po rejestracjach, zauważyłem, że sporo ludzi jedzie do Krakowa (bo wiele samochodów miało Krakowskie oznaczenia). Niestety nikt się nie raczył zatrzymać. Traciłem, nadzieję i było mi zimno… Zerknąłem na zegarek – minęła już 45 minuta a w KrK już powoli rozpoczynało się spotkania… Pomyślałem – trudno – nie poddam się! Czekałem dalej… W pewnym momencie ktoś się zatrzymał (myślałem, że pewnie się zatrzymuje na przystanku, bo przystanek był obok). Po paru sekundach, jednak słyszę wołanie i pytanie – no wsiadasz?… Serce zabiło mi mocniej.. Nie czekając wiele zdjąłem plecak i torbę, wsadziłem karton na tylne siedzenie Audi sedana i usadowiłem się na przednim siedzeniu. Przedstawiliśmy się sobie. Mężczyzna nazywał się Adam (imię zmienione) i wyglądał na młodego może zaraz po studiach… Ale wkrótce okazało się, że jest o wiele starszy, ma żonę i trójkę dzieci. Ma własną firmę budowlaną i jak stwierdził – ma wszystko co mu potrzeba do szczęścia. Zapytał się dokąd jadę, a ja odparłem na to, że do Krakowa Olszanicy do Kapucynów na Rekolekcje… Adam odpowiada mi na to, że nie jest wierzącym i że Bóg jest narzędziem dla Kościoła, by manipulować ludźmi i wyciągać od nich między innymi pieniądze… Ja odparłem na to, że nie koniecznie tak jest… Że ja ogólnie opieram się na twierdzeniu Pascala i to mnie trzyma przy kościele. Poza tym, uważam, że kościół to najlepsza religia spośród dostępnych, że w żadnej innej nie znajdziesz zasady, że ON CIĘ KAMIENIEM A TY GO CHLEBEM. I mimo to, że Kościół ma wady to staram się wierzyć w Boga i chcę go doświadczać. Dlatego też porwałem się na podróż do Krakowa mając przy sobie tylko tyle, by pokryć rekolekcje. Jadąc do Krakowa poruszaliśmy bardzo wiele tematów m. in. dowiedziałem się, że Adam ma również i trzy kochanki… ale pozwólcie, ze pominę ten wątek bo nie to jest ważne. po ok 2,5 h dotarliśmy do KrK.

U celu…

Adam wysadził mnie na parkingu przy Galerii Krakowskiej. Stąd miałem już blisko do przystanku. Po dłuższym czekaniu na autobus (jak zwykle zapomniałem sobie jaki to numer jedzie do Olszanicy), wsiadłem do upragnionego 152. Po ok pół godziny dojechałem do szkoły, zapłaciłem, zakwaterowałem i zapisałem. Znalazłem sobie się tam gdzie zwykle (na korytarzu, bo tam miałem kontakt, o prowizoryczną półkę zrobioną z gablotki na ogłoszenia). Wykombinowałem sobie śpiwór od braci, menażkę i ręcznik. (Tych rzeczy nie miałem bo zostały w głównym plecaku). I tak zaczęły się moje rekolekcje. W pierwszym dniu było czuwanie na głównej sali (sali gimnastycznej), przy akompaniamencie zespołu muzycznego (ślicznie grali!). Wtedy to ze łzami w oczach dziękowałem za to, że dojechałem do Krakowa cały i zdrowy. Wtedy to powierzyłem Bogu cały ten pobyt w Krakowie i rekolekcje oraz wszystkie bliskie osoby memu sercu. W tym czasie była też możliwość spowiedzi, z której początkowo nie chciałem skorzystać… Jednakże przemogłem się i nie żałuję. To była jedna z najpiękniejszych chwil podczas mojego pobytu w KrK. Spotkałem wiele osób bliskich mojemu sercu do których czułem sympatię. Wiele osób tez pierwszy raz w życiu widziałem… Kolejny dzień był dniem kiedy to równie silnie doświadczyłem Boga. To był moment podczas Eucharystii. Poczułem, że chcę służyć podczas mszy Św. i tak też się stało. Poczułem niewysłowioną radość… Było wiele niezwykłych momentów ale pozwólcie, że je pominę bo zajęłoby to baaardzo dużo miejsca a wiem, że niektórzy już i tak spasowali. Oczywiście chciałem też pomagać w samej organizacji spotkania czy sprzątaniu po spotkaniu i to czyniłem. Chciałem być w porządku wobec wszystkich. W drugim dniu po Eucharystii u Kapucynów w Krakowie wyszliśmy na Rynek i tam zrobiliśmy flashmob polegający na machaniu chustami do hejnalisty (które miały kolor żółty i wydrukowany symbol rekolekcji). Ku naszej radości po zagraniu hejnału, hejnalista odmachał nam swoją trąbką! =D mieliśmy też koperty z wybraną siglą z Pisma Św. i wręczaliśmy je przypadkowo napotkanym ludziom. Niestety znając moją zapominalskość, ja nie wziąłem ze szkoły swojej koperty. (dałem ją po spotkaniu, gdy szedłem na dworzec PKP jakiejś dziewczynie). No ale nie uprzedzając faktów. W ten dzień też przeszedłem poważną rozmowę z jednym z ojców… Ten dialog dał mi wiele do myślenia… W sobotę wieczorem (z racji że to była druga i ostatnia noc) mogliśmy dłużej sobie posiedzieć w nocy a dokładnie do 24:00. Ja grałem z grupką w tzw długopis. Po 24:00 dostaliśmy pozwolenie od jednego z braci, że możemy jeszcze grać, ale żebyśmy byli cicho. graliśmy tak do 1:00 ale potem już przyszedł brat i kazał iść już spać. My natomiast przemieściliśmy się do pomieszczenia które było w miarę ukryte i tam graliśmy w mafię. Oczywiście nie było idealnej ciszy więc szybko nas wytropiono no i musieliśmy kończyć zabawę. Ostatni dzień (niedziela) przeszedł bardzo szybko. Kulminacyjnym dniem była Msza Św. którą też bardzo mocno przeżyłem. Po Mszy był czas na pakowanie się i pożegnania. Był też smaczny bigos (mimo, że chleb się skończył). Tak się złożyło, że znalazły się też jakimś cudem pieniądze na pociąg powrotny (darczyńcy baaardzo dziękuję!). Po obiedzie zostałem po to aby jeszcze posprzątać szkołę. W podziękowaniu dostaliśmy wołczyńskie skarpety od pewnego brata =D!

Czas powrotu…

Na dworzec PKP wracałem z Alą. Tam nasze drogi się rozdzieliły i każdy poszedł na swój pociąg. Ponieważ miałem resztę z pieniędzy z bilety i parę swoich groszy zaopatrzyłem się w drożdżówki i wodę na podróż. Potem okazało się, że mój pociąg był opóźniony 70 min! a po 70 minutach okazało się, że jednak opóźnienie wzrośnie do 120 min! (opóźnienie było związane z tym tragicznym wypadkiem i zderzeniem się pociągów dzień wcześniej – 16 ofiar śmiertelnych). Gdy już nadzieje na to, że doczekam się swojego pociągu we mnie gasły, poznałem trójkę młodych ludzi (Mariusza, Olę i Mateusza – imiona zmienione) którzy też czekali na ten skład co i ja… Jak się potem okazało pociągiem miał jechać tylko jeden chłopak (Mariusz) natomiast Mateusz i Ola tylko mu towarzyszyli. Dowiedziałem się, że Ola jest siostrą Mariusza. W pewnym momencie dzwoni telefon Mariusza… Mariusz się dowiaduje, ze jedną z tych 16 osób które zginęły w wypadku pociągów jest jego znajomy…Wszyscy posmutnieliśmy a Ola zaczęła ze łzami w oczach pocieszać Mariusza… Pociąg nie przyjeżdżał… Ola, Mariusz i Paweł chcieli już odchodzić… Ja nie mając pieniędzy chciałem zostać i czekać dalej. Ola zaproponowała, że wszyscy się złożą na kolejny bilet dla mnie (miałem możliwość przenocowania u swojej cioci w Wieliczce). Pomyślałem sobie- Boże dziękuję Ci za tych dobrych ludzi! I w tym momencie nadjechał nasz pociąg! Oddaję te 10 pln i wsiadam do pociągu… Wybieram pierwszy przedział i co się okazuje? Siedzi w nim moja koleżanka (i przyjaciółka mojej byłej dziewczyny). Jak się potem okazało – ona (moja była) tez siedziała w tym samym przedziale, tylko wysiadła akurat w Krakowie a obie dziewczyny jechały z Warszawy. Pomyślałem sobie, że jestem na dobrej drodze i wiedziałem, że to droga którą chciał, żebym szedł Bóg…

vanitas infundat

Gdy mych burza myśli opada spokojnie, gdy oddech i Serca bicie powraca na pierwszy bieg swój … Gdy ekstaza uniesienia ulatuje w przestrzeń nicości, Myśli samotności i beznadziejności kradną bezcenną przestrzeń wolności.

Iluzoryczna materia

Paranoiczny, irracjonalny i ambiwalentny strach ogarnia moje iluzoryczne ja. Moje ja próbuje ogarnąć iluzoryczną postać świata… Iluzja, iluzja wszędzie iluzja! Puszczam się materii i czuję jak zaczynam lecieć w dobrze znaną mi postać nie paranoicznej materii mego świata. Czuję katharsis! Zimno w około, Którego nie czuję, wprawia mnie w chwilę demencji oczyszczającej mnie z prokrastynacji mojego sensorycznego, iluzorycznego życia…

Szklana kula…

Jak się nie wie co napisać to lepiej nic nie pisać… Hmmm ale… Już mi zaczyna pracować wyobraźnia i coś pewnie sklecę… Tak więc kolejny nudny dzień u mnie… Czas pracy nad sobą… Muszę coś ciekawego wymyślić na najbliższe dni bo mnie normalnie krew z nudów zaleje… Oczywiście jest jeszcze nauka, ale przecież nie mogę się cały czas uczyć!!!! taaak dochodzę do wniosku że żyjemy jak tacy ludzie zamknięci w szklanej kuli razem z naszymi codziennymi problemami i obowiązkami… A pieniądze dla niektórych są przyczyną tego zamknięcia w grubej, szklanej kuli… Im bardziej wchodzimy w nasze brudy codzienności stworzone przez człowieka (zwłaszcza tego współczesnego o którym mowa była wcześniej) to tym trudniej nam wyjść z tego mikroświata codzienności i powtarzalności (z kuli)…Oczywiście wszystko ma swój początek i koniec (świat fizyczny czyli świat człowieka)… Tak jak jesteśmy zamknięci w tej kuli szklanej, tak i przyjdzie kres istnienia tej kuli w raz z naszą śmiercią. Ta kula się roztrzaska a my przejrzymy na oczy i zadamy sobie pytanie dlaczego nie myśleliśmy wcześniej prawdziwie kategoriami które są wieczne… Ten koniec lepiej żeby był za naszą przyczyną (tzn. Oswobodźmy się z tej zamkniętej przestrzeni zaślepienia za życia przed śmiercią)…

To taki akurat post na koniec roku 2010 :) Pozdrawiam wszystkich i życzę wam wszystkiego najlepszego w nadchodzącym Nowym Roku, samych sukcesów no i szczczęścia, szczęścia i jeszcze raz szczęścia!

Nadzieja na…

Życie nasze jest drogą…. Życie nasze NIE jest wyzwaniem ale jest dla KAŻDEGO człowieka indywidualną misją… Starajmy się w naszym życiu dostrzegać prawdę i dobro ale nie bądźmy ślepi na krzywdę wyrządzaną przez zło…-To jest misja wspólna dla WSZYSTKICH ludzi bez wyjątku… Chwalmy dobro i prawdę i niwelujmy zło ALE nie zwalczajmy zła złem bo takie zwalczanie powoduje powstanie kolejnego zła spowodowanego już samym takim działaniem! Koło się wtedy zamyka i krąg zła się powiększa… Bądźmy wrażliwi! Nie patrzmy na świat przez różowe szkiełka – często podawane nam przez współczesny świat – sięgajmy do podstaw… Rozwijajmy nasze NATURALNE zmysły poznania abyśmy poznali kiedy zbliża się nieszczęście. I wreszcie: NIE DAJMY SIĘ ZAŚLEPIĆ WSPÓŁCZESNOŚCIĄ!!!!!